„Slade House” David Mitchell

01 marca



Z moim ulubionym pisarzem mam od pewnego czasu mały, dosyć kosztowny, problem. Ta moja kosztowna problemowość wydaje mi się nieco nietypowa, ponieważ nigdy wcześniej z żadnym autorem jej nie doświadczyłam. Wszystkiemu winna jest moja niecierpliwość. Swojego rodzaju ekscytacja, pojawiająca się przy wiadomości o nowej książce Davida Mitchella, nie pozwala mi wyczekać jej polskiego wydania. W dniu premiery od razu wchodzę na stronę anglojęzycznej księgarni i dodaję do koszyka wyczekiwaną pozycję, I w taki sposób Slade House jest już kolejną jego książką czytaną w oryginale. I wiecie co? Taki Mitchell jeszcze bardziej mi się podoba!



Niedługo po wydaniu poprzedniej, dużo obszerniejszej, powieści The Bone Clocks (pol. Czasomierze), spod pióra pisarza wychodzi Slade House. Ta dosyć krótka opowieść (wersja, którą posiadam ma ok. 230 stron) napisana jest w podobnej koncepcji co jej poprzednik. Całość książki podzielona jest na kilka rozdziałów, a jej akcja rozgrywa się na przełomie prawie czterdziestu lat. W każdej historii poznajemy zupełnie innych bohaterów, których losy nie są ze sobą połączone. Ale to tylko pozory. Co kilka lat, w domu przy Slade Alley, mają miejsce dosyć nietypowe spotkania z mieszkającym tam rodzeństwem. Ich przebieg, jak i tajemnice, które skrywa dom, nie mają jednak nigdy ujrzeć światła dziennego. Przekraczając próg posesji za późno jest na powrót do swojego dawnego życia, a sekrety, które kryją się za jego murami, już na zawsze tam pozostaną. 

Slade House jako oddzielna powieść nie jest wyjątkowym dziełem. Duże zagęszczenie postaci na niewielu stronach nie pozwala na dokładne i szczegółowe ich przedstawienie. Historia bohaterów jest ściśle związana z wydarzeniami, które mają nastąpić zaraz po przekroczeniu progu tajemniczej posesji. Mając jednak na uwadze wcześniejszą powieść Mitchella, Slade House nabiera zupełnie nowego znaczenia. Krótki czas jaki dzieli wydanie tych dwóch książek pozwala sugerować, że nowsza z nich jest swojego rodzaju spin-off’em poprzedniej historii. Obie książki utrzymane są w podobnej koncepcji: oddalone od siebie o kilka lat historie, w których, obok nowych bohaterów, przewijają się poznane już wcześniej postacie oraz motyw wędrówki dusz, obecny tak na prawdę w prawie wszystkich utworach Mitchella, tutaj jednak bardziej powiązany z konkretnymi wydarzeniami z poprzedniej powieści.


W swojej najnowszej książce, Mitchell jak zawsze zabawia nas dialogami swoich postaci, które stanowią niezwykle mocny punkt powieści. Bogaty język i urzekające opisy, z pozoru banalnych rzeczy, dodają całej historii wyrafinowania. Największym jednak walorem Slade House jest umiejętność subtelnego wplatania wydarzeń oraz bohaterów z poprzednich książek w nowe wątki. Ten nietypowy atrybut powieści Davida Mitchella najbardziej ujmuje mnie w jego pisarstwie. Wszystkie poprzednie książki pisarza tworzą swoistą makropowieść, nadbudowywaną przez kolejne strony nowych utworów.

Jeśli zatem macie ochotę na krótką i przyjemną lekturę, a zarazem niebanalną i być może dla niektórych nieco straszną (akcja całej książki rozgrywa się w ostatnich dniach października), Slade House jak najbardziej wpisuje się w wasze oczekiwania. Ja natomiast gorąco polecam wam wcześniejszą lekturę Czasomierzy, bo dopiero w kontekście tych dwóch powieści, Slade House staje się pełnowartościowym opowiadaniem.


Dajcie znać czy czytaliście już którąś z książek Davida Mitchella. Ciekawa jestem również, czy wy także, nie mogąc wyczekać polskiej premiery, kupiliście kiedyś i czytaliście książkę w oryginalnej wersji językowej?


You Might Also Like

0 comments

Popularne

Obserwatorzy

Translate

Subscribe